Ja tu sobie posiedzę spokojnie w chacie a oni niech myślą że z dżungli nadaję relację

Wpisy

  • czwartek, 05 kwietnia 2012
    • Jedną nogą w Rio

      Rio to ostatni przystanek na mojej trasie. Po „Ciudad maravillosa” czeka mnie już tylko powrót do boskiego Poznania. Może dlatego nie umiałam się w tym Rio tak naprawdę zagubić i rzucić w wir życia miasta. I może też dlatego to Rio mnie jakoś nie powaliło. Było miło, imprezy fajne, ludzie spoko, caipirinha wyśmienita, główne atrakcje zaliczone, ale cytując koleżankę: „Działo się dużo, ale tak jakby nic”.

      

      Do tego dochodziła kwestia bezpieczeństwa. Jadąc do Rio autentycznie trzęsłam portkami tyle nasłuchałam się o tych wszystkich czyhających na mnie złodziejach, mordercach, gwałcicielach, kieszonkowcach, nożownikach itp. Żaden jednak na szczęście nie wyszedł mi na spotkanie. Największe „zagrożenie” jakie mnie spotkało to jakiś nastolatek, który próbował odebrać mi hamburgera o 3 w nocy w dzielnicy Lapa. Człowieku! Oszalałeś? Nie odbierasz hamburgera głodnej pijanej Polce! I to w środku nocy! Jako że doskwierał mi typowy imprezowy głód (to taki głód kiedy twój hot dog za 3 zł upadnie ci na ziemie a ty go podniesiesz, otrzepiesz i mrukniesz '5 minut nie leżało') i z powodu tego głodu hamburgera dzielnie obroniłam ku przerażeniu współtowarzyszy. Bo ogólnie panuje tu zasada: chcą coś od ciebie – daj i nie stawiaj oporu.

      

      Ale wracając do miasta Rio - kilka migawek z końcówki podróży.

        

      Schody Selarona w dzielnicy Santa Teresa/Lapa. Salaron to chilijski artysta, który od lat ozdabia schody mozaikami przywożonymi mu z całego świata. Projekt określa nazwą "great madness" ponieważ jest nim chyba opętany. Pracy nigdy nie ukończy, bo wciąż wprowadza zmiany, poprawki, dokłada nowe otrzymane od turystów kafle i tak w kółko.Nie znalazłam żadnego kafla z Polski więc jakby ktoś był w okolicy to może mu podrzucić...

      

      

       

      Kawelki bywają różne. Niektóre zawierają życiowe prawdy

       

      Inne zachwalają miasta, kraje

       

      Są i takie... reklamowe.

       

      Garrrrbusek! Tuż obok schodów Salarona w dzielnicy Santa Teresa

      

       

      Klimatyczne złomowisko na szczycie Santa Teresa

       

       

      Świątynia Książek - Real Gabinete Portugues de Leitura - piękna biblioteka w centrum Rio.

       

       

      Jakby to było, gdyby go nie było - widok z oddali na ukrytego za chmurami Chrystusa.

       

       I już z bliska

       

       

       

      Widok na Rio nocą z Pao de Acucar (taka górka mała)

       

      

       

      I w końcu - wycieczka do Faveli. Tak, tak, bo do osławionych faveli robi się teraz wycieczki. Z przewodnikiem. Za 60 reali (120 zł prawie). Jednak wizja kilkunastu osób chodzących z aparatami i przewodnikiem  zaglądających ludziom do domów, cykających co rusz foty mocno mnie odstraszała, więc w hostelu zmontowaliśmy skromną międzynarodową ekipę, wzieliśmy jeden mały aparacik i poszliśmy sobie sami. 

       

      Tu fota z właścicielem tarasu na samym szczycie Favela de Rocinha - największe favele w Rio.

       

      

       

      Jak to się stało, że my sobie po tych słynnych, niebezpiecznych favelach po prostu połaziliśmy? Podobno z okazji zbliżającej się olimpiady i mistrzostw w piłce nożnej, rząd postanowił  w końcu problem faveli rozwiązać. Jak usłyszałam zostały one ostatnimi czasy "oczyszczone” i teraz są w miarę bezpieczne. No na pewno bardziej niż były. Co skłoniło mnie do męczenia rozmówców pytaniem: skoro teraz się dało, to dlaczego przez poprzednie kilkanaście lat nie mogli sobie poradzić z favelami? To trudne pytanie i mało kto chciał o tym gadać, tylko jedna osoba wdała się w tą dyskusję i stwierdziła, że na favelach wszyscy zarabiali: i policja i wojsko i politycy i w niczym interesie nie było ich niszczenie. No ale teraz musieli. Miejmy nadzieję, że gdy zawody się skończą favele wciąż będą w miarę spokojnym i bezpiecznym miejscem do życia.

       

      Dzieciaki z favela

      

      

      A tu przepis na żywot w favelach według Selarona (to ten od schodów):

       

      

       

      I to by było na tyle z Rio

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Jedną nogą w Rio”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 kwietnia 2012 09:56
  • wtorek, 27 marca 2012
    • Wakacje od wakacji

      Kilka tygodni temu siedzac w górach dyskutowalam z poznanym Izraelczykiem nad „dziwnoscia” naszych wakacji. Bo co to za wakacje, podczas których spisz czêsto w beznadziejnych warunkach, czêsto jesz podle zarcie, spêdzasz setki godzin bujajac siê w autobusach, sypiasz ze sluchawkami w uszach bo nasluchales siê historii o karaluchach w przewodzie sluchowym, masz paranoje na punkcie bycia okradzionym, dzwigasz swój 20-kilogramowy plecak w te i we w te, snisz o pierogach, czasami zdychasz z goraca, innym razem marzniesz do szpiku kosci. To Ci wypoczynek!

       
      Wiêc postanowilam zrobic sobie wakacje od wakacji. I w tymze oto celu udalam siê na wspominana juz Ihla Grande w Brazylii. Poniewaz rozleniwilam sie maksymalnie to nawet fot mi se nie chce robic.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wakacje od wakacji”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 marca 2012 12:56
    • Piêc ulubionych pytañ


      1.    Masz legitymacje studencka?   [yyyy jasne. Gdzies na strychu w kartonie z napisem: „XX wiek”]
      2.    Jak mozesz nie miec narzeczonego?   [tez siê dziwie]
      3.    Czy mogê Ci postawic drinka?    [ossszywissscie]
      4.    Pomóc Ci z plecakiem?    [A jestes strongmenem?]
      5.    Jestesz Hiszpanii/Argentyny?  [yeeeah! Czyli mój hiszpañski nie calkiem niezly!]
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 marca 2012 12:54
  • niedziela, 25 marca 2012
    • Bój się Latino, dziewczyno!


      ´´Czasami to ja się boję nawet zacząć gadać z tymi facetami.´´ – to z pozoru zaskakujące stwierdzenie padło z ust wcale nie tak nieśmiałej Belgijki. I wcale nie chodziło o strach przed zakapiorami z zakazanej dzielnicy Buenos. Chodziło o zwykłych młodych Argentyńczyków siedzących obok nas w knajpie. Mimo to wyznanie Elke spotkało się tylko z pełnym zrozumienia potakiwaniami. Bo każda laska która siedzi dłużej w Ameryce pd w koñcu jest zmęczona latino.

       
      Zmęczenie wynika z prędkości i kierunku rozwoju znajomości. Jedne z pierwszych pytań na które odpowiadasz to: ile masz lat i czy masz narzeczonego. Brak narzeczonego jest jak biała flaga wywieszona na plaży – chłooooopaaaaki kto pierwszy! Kolejny punkt zmêczenia to róznica zainteresowañ: nasza cywilizacja nie jest tak roztañczona i rozbujana, czasami chcialoby siê posiedziec i po prostu pogadac, dowiedziec czegos o ludziach, miescie, o czlowieku, umówic na kawê innego dnia. Z Latino siê nie posiedzi i nie pogada, bo szybko pada sakramentalne: „Tañczymy?” Nie wiem czy odpowiedz twierdzaca „si bailamos” (ok., zatañczmy) ma  równiez drugie ukryte znaczenie, cos na ksztalt: „jasne, urodzê ci trójkê dzieci i bêdê robic pranie co czwartek”. Najwyrazniej musi miec, bo nim siê obejrzysz jestes bardzo blisko aktu poprzedzajacego rodzenie dzieci. Wiêc siê ewakuujesz czym prêdzej. No i nici ze zwyklej kolezeñskiej znajomosci, niezobowiazujacej rozmowy, czy zabawy. Urazony latino zwija siê w stronê kolejnej zielonookiem gringity.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 marca 2012 13:02
  • sobota, 24 marca 2012