Ja tu sobie posiedzę spokojnie w chacie a oni niech myślą że z dżungli nadaję relację

Wpisy

  • poniedziałek, 09 kwietnia 2012
    • Substytuty

      Hostel jest czymś na kształt domu. Makron z kechupem ambitnie udaje spaghetti. Człek siedzący obok staje się chwilowym przyjacielem. Plecak – szafą. Nóż – ostrzałką do kredki do oczu. Zamiast drogich charmsów owijam nadgarstek rzemykiem z kamiennymi amuletami. Kiedy kończy się Moleskin Sam montuje swoją autorską wersję tego słynnego notatnika z bloku rysunkowego i okładki kalendarza. Sąsiadka z hostelu odgrywa rolę psychologa. Piwo od miesięcy otwierasz długopisem. Plastikowy woreczek służy za portfel. Nogę nastawia Ci szaman. Linka od namiotu posłusznie odgrywa rolę paska spódniczki.

      

      Podróżując wiedziesz sobie życie skonstruowane z takich czy innych substytutów. Ale wcale nie czuję, żeby takie życie było substytutem.

       

      Polecam gorącą

      Katarzyna Przygoda

       

      

      Ps.

      Koniec i bomba a kto czytał ten...  pewnie jest moją mamą, ciocią, kuzynką...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Substytuty”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 kwietnia 2012 20:27
  • czwartek, 05 kwietnia 2012
    • KRAJE ANDYJSKIE VS. RESZTA AMERYKI

      W tym pojedynku kraje andyjskie reprezentować będzie Kolumbia, Peru, Ekwador i Boliwia. Po stronie „Reszty Ameryki” stanie: Chile, Argentyna i Brazylia. Obie grupy oceniam pod względem przyjemności i prostoty podróżowania.
      And the winner is…
      Kraje andyjskie!


      Co głównie sprawia, że podróż jest tam prosta, lekka i przyjemna?

      Ludzie. Są życzliwi, pomocni i otwarci. Nie musisz mocno się starać, aby ktoś przyszedł Ci z pomocą, często robią to z własnej inicjatywy i spontanicznie. Z czystej życzliwości. Są otwarci i chętni do rozmów i kontaktów, dzięki czemu rzadko czujesz się samotny, czy w autentycznej potrzebie.

      Biznes. Ponieważ niestety ludzie tu do najbogatszych nie należą każdy próbuje jakoś dorobić parę groszy. To sprawia, że miasta obfitują w opcje transportu, zjedzenia czegoś taniego i dobrego, kupienia czegoś ładnego, przespania się tanio. Z łatwością znajdziesz kogoś kto zawiezie Cię z punktu A do B. Nie utkniesz w busie na 20 godzin bez jedzenia, bo ktoś coś na pewno będzie sprzedawał. Wszędzie znajdziesz hospedaje – nocleg. Może bez szalonych wygód, ale zawsze to dach nad głową. Nawet poza miejscami turystycznymi.

      Cena. I nie chodzi o to tylko, że jest tanio. Chodzi o to, że relacja ceny do jakości jest zwykle bardzo dobra. Jedzenie jest świetne: duże porcje, świeże i takie prawdziwe, nie napakowane chemią (wprawdzie przeważnie jesz ryż ziemniaki frytki i mięso, ale co tam...). Transport jest przyzwoity: nie ma luksusów, ale komfort jest wystarczający aby przetrwać i przespać 20-godzinną podróż. A rękodzieła lokalne (głównie Peru i Boliwia) powalają urodą i wykonaniem. Rzadko trafisz na badziewie Made In China.

       

      Chaos. Lekki chaosik, latynoska maniana, luz, przepisy z przymrużeniem oka - wszystko to sprawia, że wiele rzeczy łatwiej załatwisz. Może są ludzie którzy lepiej odnajdują się w sztywnych ramach, uporządkowanej rzeczywistości, ale ja wolę lekki chaosik, który można dowolnie naginać do swoich potrzeb. Przynajmniej w czasie podróży.

       

      Hi Gringo. Jako gringo jesteś egzotyczny, ciekawy. W mniejszych mniej turystycznych miejscowościach stajesz się automatycznie atrakcją. A z lokalną atrakcją każdy chce się napić, poznać, zagadać, zrobić zdjęcie - i robi się miło. Jako nieświadomy życia gringo możesz pytać o co zechcesz - lokalsi cierpliwie wytłumaczą Ci wszystko (od polityki po przygotowanie concha).

       

      Bezpieczeństwo. Kraje andyjskie uchodzą za mniej bezpieczne. Jednak mają też pewną dużą zaletę - często ludzie na ulicy dbają o Twoje bezpieczeństwo. Zdarzało mi się to głównie w Kolumbii, Ekwadorze i Peru - ktoś radził "tam nie idź", inna osoba pilnowała mnie kiedy robiłam zdjęcia swoim wielgachnym wypasionym aparatem, zwracali mi uwagę że mam ów schować aparat, odradzali podróż w tereny objęte działaniami guerilla,  kierowca zamykał mój plecak na kluczyk w osobnym luku itp itd. 

       

      W pozostałych krajach Ameryki Pd. jest już ciężej. Ludzie aż tak skorzy do pomocy i kontaktów nie są, ceny są zdecydowanie wyższe, panuje większy porządek a co za tym idzie i formalizm. Autobusy mają przystanki, więc nie zatrzymasz ich byle gdzie. Wszyscy się po europejsku spieszą i nie za bardzo mają czas z Tobą dyskutować na ulicy. I ogólnie mają Cię troszkę bardziej w głębokiem... poszanowaniu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 kwietnia 2012 11:35
    • Jedną nogą w Rio

      Rio to ostatni przystanek na mojej trasie. Po „Ciudad maravillosa” czeka mnie już tylko powrót do boskiego Poznania. Może dlatego nie umiałam się w tym Rio tak naprawdę zagubić i rzucić w wir życia miasta. I może też dlatego to Rio mnie jakoś nie powaliło. Było miło, imprezy fajne, ludzie spoko, caipirinha wyśmienita, główne atrakcje zaliczone, ale cytując koleżankę: „Działo się dużo, ale tak jakby nic”.

      

      Do tego dochodziła kwestia bezpieczeństwa. Jadąc do Rio autentycznie trzęsłam portkami tyle nasłuchałam się o tych wszystkich czyhających na mnie złodziejach, mordercach, gwałcicielach, kieszonkowcach, nożownikach itp. Żaden jednak na szczęście nie wyszedł mi na spotkanie. Największe „zagrożenie” jakie mnie spotkało to jakiś nastolatek, który próbował odebrać mi hamburgera o 3 w nocy w dzielnicy Lapa. Człowieku! Oszalałeś? Nie odbierasz hamburgera głodnej pijanej Polce! I to w środku nocy! Jako że doskwierał mi typowy imprezowy głód (to taki głód kiedy twój hot dog za 3 zł upadnie ci na ziemie a ty go podniesiesz, otrzepiesz i mrukniesz '5 minut nie leżało') i z powodu tego głodu hamburgera dzielnie obroniłam ku przerażeniu współtowarzyszy. Bo ogólnie panuje tu zasada: chcą coś od ciebie – daj i nie stawiaj oporu.

      

      Ale wracając do miasta Rio - kilka migawek z końcówki podróży.

        

      Schody Selarona w dzielnicy Santa Teresa/Lapa. Salaron to chilijski artysta, który od lat ozdabia schody mozaikami przywożonymi mu z całego świata. Projekt określa nazwą "great madness" ponieważ jest nim chyba opętany. Pracy nigdy nie ukończy, bo wciąż wprowadza zmiany, poprawki, dokłada nowe otrzymane od turystów kafle i tak w kółko.Nie znalazłam żadnego kafla z Polski więc jakby ktoś był w okolicy to może mu podrzucić...

      

      

       

      Kawelki bywają różne. Niektóre zawierają życiowe prawdy

       

      Inne zachwalają miasta, kraje

       

      Są i takie... reklamowe.

       

      Garrrrbusek! Tuż obok schodów Salarona w dzielnicy Santa Teresa

      

       

      Klimatyczne złomowisko na szczycie Santa Teresa

       

       

      Świątynia Książek - Real Gabinete Portugues de Leitura - piękna biblioteka w centrum Rio.

       

       

      Jakby to było, gdyby go nie było - widok z oddali na ukrytego za chmurami Chrystusa.

       

       I już z bliska

       

       

       

      Widok na Rio nocą z Pao de Acucar (taka górka mała)

       

      

       

      I w końcu - wycieczka do Faveli. Tak, tak, bo do osławionych faveli robi się teraz wycieczki. Z przewodnikiem. Za 60 reali (120 zł prawie). Jednak wizja kilkunastu osób chodzących z aparatami i przewodnikiem  zaglądających ludziom do domów, cykających co rusz foty mocno mnie odstraszała, więc w hostelu zmontowaliśmy skromną międzynarodową ekipę, wzieliśmy jeden mały aparacik i poszliśmy sobie sami. 

       

      Tu fota z właścicielem tarasu na samym szczycie Favela de Rocinha - największe favele w Rio.

       

      

       

      Jak to się stało, że my sobie po tych słynnych, niebezpiecznych favelach po prostu połaziliśmy? Podobno z okazji zbliżającej się olimpiady i mistrzostw w piłce nożnej, rząd postanowił  w końcu problem faveli rozwiązać. Jak usłyszałam zostały one ostatnimi czasy "oczyszczone” i teraz są w miarę bezpieczne. No na pewno bardziej niż były. Co skłoniło mnie do męczenia rozmówców pytaniem: skoro teraz się dało, to dlaczego przez poprzednie kilkanaście lat nie mogli sobie poradzić z favelami? To trudne pytanie i mało kto chciał o tym gadać, tylko jedna osoba wdała się w tą dyskusję i stwierdziła, że na favelach wszyscy zarabiali: i policja i wojsko i politycy i w niczym interesie nie było ich niszczenie. No ale teraz musieli. Miejmy nadzieję, że gdy zawody się skończą favele wciąż będą w miarę spokojnym i bezpiecznym miejscem do życia.

       

      Dzieciaki z favela

      

      

      A tu przepis na żywot w favelach według Selarona (to ten od schodów):

       

      

       

      I to by było na tyle z Rio

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Jedną nogą w Rio”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 kwietnia 2012 09:56