Ja tu sobie posiedzę spokojnie w chacie a oni niech myślą że z dżungli nadaję relację

Wpisy

  • piątek, 30 grudnia 2011
    • Sylwestrowy Poradnik Dzikuski

      Nowy rok nadchodzi wielkimi krokami i już niedługo staniemy z nim twarzą w twarz. I żeby nie było wstydu należy tą twarz do tego spotkania należycie przygotować, czyli umalować w barwy powitalne (zwane przez Cywilizowanych: makijażem).

      

      W warunkach podróżniczych makijaż ograniczamy do makijażu oka, a sam makijaż oka do kreski. W tym celu kluczowe staje się zaostrzenie kredki do oczu. Jest to nielada wyzwanie, dlatego najpierw ćwiczymy na czymś większym – jak dzida na przykład.

       

       

      Kiedy już opanujemy struganie dzidy i jesteśmy zadowoleni z wyników przechodzimy do strugania kredki. Każda Dzikuska ma w podręcznej kosmetyczne nóż myśliwski i po niego też sięgamy i zabieramy się za ostrzenie kredki pamiętającjednak że jej celem nie jest (jak to było w przypadku dzidy) smażenie pstrągów na ogniu a malowanie oka!

       

       

      I tak gotową kredką malujemy oko (a nawet obedwa), aby spojrzeć nimi optymistycznie w nowy nadchodzący 2012 rok, czego wszystkim dzikusom i istotom bardziej cywilizowanym życzę.

      

      Katarzyna Przygoda

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Sylwestrowy Poradnik Dzikuski”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      piątek, 30 grudnia 2011 04:11
  • środa, 28 grudnia 2011
    • Wigilia

      Pierwszy raz w życiu miałam okazję spędzić Wigilię w dowolny, najbardziej oryginalny i dziwaczny sposób jaki przyjdzie mi do głowy. Na pustyni, pod palmą, na couchsurfingu... miliony opcji. I co zrobiłam? Spędziłam ją przy stole, słuchając peruwiańskiego kolęd, przy świetle lampek choinkowych. Czyli w miarę tradycyjnie. Ale zanim wylądowałam przy stole...

      

      Pomysłów miałam kilka. Np. Był plan, że idziemy z Kanadyjczykiem w góry pod namiot. Będziemy sami w głuszy, z puszką tuńczyka w jednej łapce i muffinkiem w drugiej, podzielimy się chipsami i obalimy butle dobrego wina. To był mój plan. Bo Kanadyjczyk chciał na łonie natury wsłuchiwać się w siebie i w ten święty dzień odnaleźć swoją życiową ścieżką (której szuka od kilku lat). Niestety 2 dni przed Wigilią wsłuchał się w siebie za bardzo i usłyszał, że ma wracać do Limy do swojej dziewczyny. I pojechał. Za to przyjechał Wojtek. Przyjechał z pomysłem żeby iść w Wigiilę gdzieś gdzie jest śnieg i ulepić bałwana. Też fajnie. I też jakoś nie wyszło. Zamiast tego mieliśmy Ostatnią Wieczerzę. Serio Ostatnią, bo dzień po Wigilii każde z nas pojechało w swoją stronę: ja na południe, Wojtas do Polski. Widać fota z równika była swoistą przepowiednią rozdzielenia się na dobre :)

      

      A ową Ostatnią Wieczerzę spędziliśmy w hostelu z kilkoma innymi podróżnikami, właścicielami i ich rodziną. Było miło, międzynarodowo i peruwiansko zarazem. Okazało się, że tradycyjną potrawą wigilijną w Peru jest indyk. Ja wmówiłam wszystkim, że polską potrawą na wigilii są pierogi ruskie. Zrobiłam to z czystego egoizmu: od miesiąca chodziły za mną te pierogii i dawno chciałam je zrobić. A skoro tu i tak miałam coś przygotować to uznałam, że upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu. Wojtek z kolei wmówił wszystkim, że ciastka, które przygotował to tradycyjny polski mazurek. I tak małymi kłamstewkami jakoś tę Wigilię przygotowaliśmy. Tradycyjna peruwiańska Wigilia zaczyna się ponoć o północy, nasza na szczęście wystartowała o 22.00. A o północy.... zaczeło się szaleństwo. Z dachu naszego hostelu był piękny widok na całe miasto. Miasto które o północy zaczęło strzelać setkami, tysiącami fajerwerków. Chyba kto żyw
      ten musiał coś odpalić w powietrze. Niesamowity widok. Ale jak stwierdził
      właściciel hostelu – to jeszcze nic w porównaniu z tym co będzie w Sylwestra. Ale to już zobaczę w Cuzco do którego powoli, powoli się przemieszczam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Wigilia ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      środa, 28 grudnia 2011 15:44
    • Lekka obsesja

      Chodzą za mną. I nie mam paranoi, ani manii. Po prostu wiem, czuję że chodzą za mną. Wojtek nie miał takiego wrażenia, ale wiadomo: faceci i intuicja nie idą w parze. A ja dałabym sobie głowę uciąć, że chodzą za mną. Nawet chwilami czułam ich zapach. W różnych miejscach: w autobusie, na ulicy, wszędzie. Byłam serio przerażona, no bo co tu zrobić? Daleko od Polski... Ale wiedziałam, że jak nic nie zrobię to będą tak za mną łazić do kwietnia.

      Więc zebrałam się w sobie i kupiłam: mąkę, coś jakby biały ser, ziemniaki i cebulę i ulepiła te 50 pierogów ruskich. Żeby już tak za mną nie chodziły. :)

       

      

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      środa, 28 grudnia 2011 15:39
  • poniedziałek, 26 grudnia 2011
    • Dzikuska kontra służba zdrowia

      Spotkanie ze służbą zdrowia w warunkach każdego, nawet rodzimego, kraju jest nie lada wyzwaniem. A co dopiero zagranicą! W małej nadoceanicznej miejscowości! Bez super znajomości języka!

      

      Mój mały wypadek (ten stary sprzed 2 tygodni, żaden nowy!) musiał się zakończyć u lekarza, bo stopa puchła, zmieniała kolory i umożliwiała swobodne przemieszczanie się tylko na trasie hamak-bar-hamak. Więc pokuśtykałam do najbliższej kliniki.

      

      Bardzo ważne podczas wizyty u lekarza jest dokładne przekazanie co się stało i co boli. Dlatego nie kombinujemy z czasami, wyszukanymi zwrotami i idiomami – bo łatwo o pomyłkę. Należy sięgnąć do prymitywnej wersji języka, używać pisma rysunkowego i pokazywać co, jak i gdzie. Dlatego mój początkowy dialog z lekarzem wyglądał (po przetłumaczeniu) mniej więcej tak: “Stopa moja prawa (tu wskazuję właściwą stopę, żeby w razie gipsu nie mieć go na złej nodze). Boleć. Wczoraj iść i ... BUM (brak  słownictwa,więc nie kombinuję tylko dramatycznie odtwarzam scenę upadku w gabinecie). Teraz boli. Ał Ał! Duża stopa, coraz większa i większa. Kolor inny: fioletowy i zielony.”  

      

      Lekarz uważnie obmacał nogę i widać znał zasady tej gry, bo sięgnął po karteczkę, długopis i zaczął rysować: kości stopy, a na niej jakąś szczelinę, czy pęknięcie. Ukończywszy dzieło dumnie wręczył mi karteczkę. Jednak jego dumna mina zrzedła gdy przy użyciu dźwięków i rysunków próbowałam doprecyzować czy mamy do czynienia ze złamaniem (KRRRACH), pęknięciem (TRZASK), czy szczeliną (KRRR).

      

      Nie wiem jak dalej potoczyłaby się ta nasza wymiana rysunków, gestów, okrzyków i mogę jedynie zgadywać co sobie myśleli w tym czasie zgromadzeni w poczekalni pacjenci, ale lekarz przerwał zabawę i uruchomił  google translator.  I dalej już poszło trochę bardziej gładko, choć nie bez problemów.

      Diagnoza wyglądała mniej więcej tak

       

      

       

      Trochę zaniepokoił mnie ten “wtrysk”. Jak się później boleśnie okazało był to zastrzyk. Co do “idzie lekko” to nie chodziło o to, że mam przemieszczać się zwiewnie na paluszkach niczym baletnica, ale po prostu nie łazić za wiele. A bandaż-skarpetka to opaska uciskowa na nogę.

      

      Zdiagnozowana przez google translator wyszłam z gabinetu pod wrażeniem współczesnej technologii i pełna uznania dla tak nowoczesnego i sprytnego lekarza. I aby zachować równowagę między naturą i technologią od razu dałam się namówić taksiarzowi na wyprawę do lokalnego znachora specjalizującego się w leczeniu kości. W końcu zawsze trzeba potwierdzić diagnozę! Czy znachor ją potwierdził? Nie wiem. Nie miał google translator. :(((

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 grudnia 2011 02:05
  • sobota, 24 grudnia 2011
    • 5000 i ani kroku wyżej!

       

      

       

      Kiedy usłyszałam swój głos mówiący “Dejame, dejam aqui” (“Zostaw mnie tutaj”) to jakiś przebłysk świadomości podpowiedział mi, że coś jest nie tak. Jednym z bardziej zaawansowanych i poważniejszych objawów choroby wysokościowej jest irracjonalne zachowanie – a za takie można uznać chyba chęć bycia pozostawionym na śniegu. Na szczęście przewodniczka uznała to również za sygnał alarmujący chwyciła mnie za przysłowiowe fraki i ściągnęła niżej, gdzie załadowano mnie na konia i zwieziono na bezpieczniejszą wysokość.

       

      Moja wycieczka na lodowiec zakończyła się zatem dość mieszanymi odczuciami: satysfakcją z wczołgania się na 5000 metrów (nowy rekord!), fatalnym samopoczuciem, świadomością własnej głupoty (po co szłam dalej skoro czułam się tak źle), zadowoleniem z pięknych widoków i pewnością, że wyżej nie powinnam się już nigdy pchać.

      

      A te satysfakcjonujące widoki po drodze były takie na przykład:

      

       [wjazd do parku]

       

      

      

       [niesamowite kolorki]

       

       

       

       

      Może i zdycham, może i lodowiec wygląda średnio, może i pada śnieg, ale fotkę na górze będę mieć! ;)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      sobota, 24 grudnia 2011 14:05