Ja tu sobie posiedzę spokojnie w chacie a oni niech myślą że z dżungli nadaję relację

Wpisy

  • niedziela, 27 listopada 2011
    • Jak nie być samotnym w podróży? – Poradnik Dzikuski

      Podróżując po dalekich krajach czasami czujemy się samotni. Brak nam innych przedstawicieli naszego kręgu kulturowego, którzy rozumieliby dowcipy Monty Pythona, lub tak jak i my potrafili powspominać trudne czasy komuny („Pamiętam jak miałam 5 lat,  nie było lalek Barbi”), lub też po prostu takich, którzy nie chcieliby nam ciągle czegoś sprzedać. Jak radzić sobie z taką samotnością?

       

      Przepis jest bardzo prosty i podsunęła mi go Estonka Kitty „Buy Lonely Planet and you’ll never feel lonely again” czyli „Kup przewodnik Lonely Planet (Samotna Planeta) a już nigdy nie poczujesz się samotnym”.  Większość podróżujących osób przemieszcza się z przewodnikiem i podążając za radami w nim zawartymi trafia tam, gdzie kierują autorzy. A wraz z nim setki jemu podobnych. I oto nagle lądujemy wszyscy w tych samych hacjendach „z kominkiem i cudownym widokiem na góry oraz przemiłymi właścicielami”, na tych samych „uroczych,  klimatycznych plażach, do których wiedzie tajemna ścieżka za hotelem” i nad talerzem „kurczaka w sosie kokosowym którego nie sposób nie spróbować będąc tutaj”.

       

      Czy to wszystko skutkuje? Na przykład tym, że w Bogocie w hostelu poznajemy dwójkę Polaków: Pawła i Agnieszkę, kilkaset kilometrów dalej w górach wpadamy na nich na szlaku, by po tygodniu spotkać już tylko Pawła nie tylko w małej wiosce na Karaibach, ale wręcz w tym samym hostelu. Dwie Francuzki spotkane w Hacjendzie w górach, widzimy kilka dni później kilkaset kilometrów dalej na owej „ścieżynce za hotelem prowadzącej do
      tajemnej plaży”.

       

      To uświadamia mi, że jadąc na własną rękę, kiedy wydaje Ci się że odkrywasz sobie sam jakiś kraj – tak naprawdę odtwarzasz tę samą trasę co tysiące innych, podobnych do Ciebie gringo.Stąd kiełkujący pomysł, aby na kolejne kraje nie kupować przewodnika tylko puścić się na żywioł.  Jak na razie w Ekwadorze jesteśmy bez przewodnika i jakoś tak jednocześnie jesteśmy… bez pomysłu co dalej :)))

       

      Jeszcze nie wiem czy polecam

      Katarzyna Przygoda

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Jak nie być samotnym w podróży? – Poradnik Dzikuski”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 listopada 2011 01:57
    • Bienvenido a Ecuador

      Do ostatniej chwili wahaliśmy się z Wojtkiem czy lecieć do Leticia do dżungli, czy jechać do Ekwadoru, czy zostać w Salento dzień dłużej z naszymi starszymi panami. Ku rozpaczy starszych panów ;) w końcu podjęliśmy decyzję: Ekwador i ruszyliśmy w morderczą, około 26-godzinną podróż.

      

      I oto jesteśmy w Ekwadorze w miasteczku Otavalo. Okazało się że akurat trafiliśmy na targ tekstyliów wyrabianych przez okolicznych Indian.

       

       

      Niestety Indianie są dość przebiegli i nie łatwo im zrobić zdjęcie :( Nawet za fotografowanie rzeczy wołali kasę. A ta rzecz na dole to obrus.

       

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 listopada 2011 01:49
    • Smaczki kolumbijskie

      „Naranja naranja, dulce, helados, arepas, gafas Amiga gafas, dulce…”  (Pomarańcze, pomarańcze, słodycze, lody, przekąski, okulary dziewczyno okulary, słodycze). Ta mieszanka głosów, okrzyków i ofert towarzyszy nam od miesiąca non stop. Na ulicach, chodnikach, w autobusie, w korku. Kolumbijczycy mają bowiem niezwykły talent do szukania możliwości zarobienia pieniędzy. Pewnie zmusza ich do tego taka a nie inna sytuacja życiowa, ale umiejętność znalezienia sobie zajęcia budzi we mnie niesamowity podziw. Każdy dom, pomieszczenie przy chodniku zamienione jest na: piekarnię, warsztat, sklepik ze słodyczami, stoisko z owocami, sklep z drutami. Gdy jedziemy autobusem co rusz wsiada ktoś i coś próbuje sprzedać: czy to owoce, czy picie, czy ciastka własnego wypieku. Wystarczy, że autobus stanie na światłach a już przy oknie ktoś Ci coś oferuje. W centrum Bogoty mężczyzna wyposażony w znak STOP/JEDŹ samowolnie zarządza ruchem i wypuszcza auta z parkingu podziemnego na zatłoczoną ulicę. Co rusz wpadasz na osobę wyposażoną w komórkę i napis MINUTOS – z ich komórki zadzwonisz tanio do kogo zechcesz. O poranku na każdym skrzyżowaniu kupisz kawę serwowaną z termosu. Wszyscy starają się jakoś zarobić i coś robić. Nie przypominam sobie abym przez miesiąc spotkała chociaż jedną osobę, która by żebrała. I nie ma tu nic z latynoskiego leniuchowania.

       

      [foto: WOjtek Rygielski www.fotowyprawa.blogstop.com ]

       

      Ten kult pracy widać też w hostelach. To co w Bogocie wyprawiały panie sprzątające… Dwa pokoje, jeden salon i kuchnię sprzątały dłużej niż ja z koleżanką cały kilkudziesięciopokojowy hotel w UK. Ale my robiłyśmy to powierzchownie, żeby wyglądało na posprzątane, a one… one naprawdę SPRZĄTAŁY, całą sobą. Wojtkowi nawet poukładały jego osobisty ukochany bałagan w reklamówce.

       

      A propos hosteli. Szukając noclegu warto zawsze zapytać o ciepłą wodę. Po tym jak uzyskamy odpowiedź twierdzącą (nie dotyczy Karaibów, tam z radością zapewnią Cię że woda jest zimna)- idź i sprawdź poziom „ciepłoty”. My na pierwszy prysznic z naprawdę ciepłą wodą trafiliśmy 23 dnia podróży. W hostelach też odkryliśmy ciekawy system łączenia łazienki i toalety: zaraz przy wejściu jest
      toaleta, a zaraz za nim nieogrodzony niczym prysznic. Na Kraibach ta łazienka nie miała nawet drzwi – więc intymność zero.

       

      Inna ciekawostka – sklepy w Bogocie. Można godzinami kręcić się i szukać np. sklepu ze sprzętem sportowym. Ale jeśli już znajdziesz jeden, to wiesz, że obok jest kilkanaście podobnych. Dziwnie to zorganizowane, ale faktycznie trafiłam raz na ulicę samych optyków, później samych sklepów sportowych, czy wyłącznie ze sprzętem elektronicznym.

      

      Autobusy. Autobusy to kolejny temat rzeka. O zamiłowaniu Kolumbijczyków do klimatyzacji w autobusach już pisałam więc się nie powtarzam. Ale jest jeszcze coś. Organizacja. Wszystko uporządkowane jak mało gdzie. Kupujesz bilet w odpowiednim okienku, skąd kierują cię do wejścia na peron (na peronie są tylko
      osoby z biletami), tam strażnik upewnia się, że idziesz w stronę dobrego autobusu, kierowca okleja twój bagaż i tylko okazując kwitek możesz go odebrać (nie ma strachu że ktoś ci go zwinie!), a potem kierowca dba o to abyś wysiadł gdzie trzeba. Do tego dworce są schludne i bezpieczne. Po prostu High life. A na górskich drogach kierowca rozdaje plastikowe torebki… na wymioty :)

      

      Publiczne toalety kolumbijskie. To jedyne, jak dotąd, miejsce na świecie w którym na ścianach czytałam cytaty z Biblii, fragmenty modlitw, czy zapewnienia, że Jezus mnie kocha. Jakże miła  odmiana od „Legia to k..a” i „Tu byłem Zdzichu”.

      

      Jedyneco mnie wkurzyło w Kolumbii jak dotąd to inne ceny dla turystów, inne dla lokalsów. Tak jest przy wejściu do Parków Narodowych a różnica jest nawet 7-krotna. I podobnie podejrzewam jest przy zakupach na ulicy. Kiedy pytam o cenę widzę ten moment zawahania, szybkie spojrzenie taksujące mnie i pada cena, ale powiedziana z takim lekkim znakiem zapytania. Powinnam się targować, tak czuję, ale wciąż ta cena jest w miarę niska. Więc płacę jak naiwny gringo, ale z drugiej strony wiem, że
      oni też jakoś muszą zarobić.  

       

      A! I najgorsza rzecz w Kolumbii: tu nie ma magnesów na lodówkę, ani pocztówek - więc wszyscy oczekujący albo jednego albo drugiego: SORRY.

       

      Więcej ciekawostek nie pamiętam, czego serdecznie żałuję.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 listopada 2011 01:35
    • Ciało się zbuntowało

      SĘDZINA: Ciało wniosło pozew o pozbycie się posiadaczki. Co na to powódka?

      JA: No kilka kilo mogłabym się pozbyć, ale żeby całe ciało?

      SĘDZINA:  Jakie są powody powoda?

      CIAŁO: Maltretowanie fizyczne Wysoka Sędzio.

      SĘDZINA: Powód przedstawi swoje racje.

      CIAŁO: Bo kiedyś było inaczej. 8 godzin dziennie siedzieliśmy na ergonomicznym krzesełku przy komputerze, oczy narzekały i kręgosłup, ale ogólnie było milusio cieplusio. Dwa razy w tygodniu wspinanie, raz basen, jakiś spacer, wprawdzie wątroba miała przerąbane, ale dało się przeżyć. A od kilku tygodni? HORROR!!! Najpierw ponad 20 kilowy* plecak na mnie zarzuciła. Potem wciągnęła nas siłą (chociaż się opieraliśmy zgodnie wszystkimi organami) na 4600 m. n.p.m – płuca prawie się wypluły, głowę chciała się wysadzić od środka, a stawy aż piszczały. Wilgoć, robale, zimne noce, zimne dni, zimne prysznice, przez 23 dni ani razu ciepłej wody nie było! Myślałem że gorzej nie będzie! Aż przyszła dżungla. A tam… Wysoka Sędzio co mnie tam nie gryzło to sumienie chyba tylko. Gorąco, duszno, wilgotno, wszystko drapie, gryzie, kąsa, dźga, szarpie, charpie. No i jak w takich warunkach egzystować. My już rady nie damy, my organy.

      SĘDZINA: Co na to powódka? Czy wyraża chęć poprawy warunków bytowych ciała?

      JA: No teraz dżungli już nie będzie. Do Ekwadoru przyjechaliśmy, sucho tu...

      CIAŁO: 26 godzin w autobusach, taksóweczkach! Wysoka Sędzia wie jak boli nas… ta… no…

      SĘDZIA: Kość ogonowa.

      CIAŁO: Otóżto!

      JA: Alezaraz potem do Peru, na plażę chciałlam jechać, poopalać się, surfingu pouczyć. Myślałam że zabiorę je ciało znaczy się ze sobą, no ale teraz….

      CIAŁO: O! Weź! Weź! Uwieeeelbiaaaam surferów!

      SĘDZINA:Więc może powód da powódce drugą szansę?

      CIAŁO:A czy można jakoś ją pilnować żebyjej nie odbiło znowu z dżunglą, górami, robalami itp.?

      SĘDZINA:Mogę ustalić kuratora…

      CIAŁO:NIEEEE!

      SĘDZINA:????

      CIAŁO:Wątroba miała kiedyś kuratora, Annę R. DO tej pory nie może dojść do siebie

      SĘDZINA:Aaaa Fakt.

      CIAŁO:A co z dżunglą? Jakieś odszkodowanie, kara jakaś?

      SĘDZINA:Faktycznie! Zarządzamrelaksacyjno-lecznicze kąpiele w gorących źródłach u podnóża wulkanu w Ekwadorze.Czy powódka przyjmuje karę?

      JA (skruszonym głosem): Przyjmuję

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 listopada 2011 01:10
  • piątek, 25 listopada 2011
    • Gdybym była 20 lat starsza…

      To byłabym właśnie zakochana w genialnym Kanadyjczyku – Stevenie z Vancouver. Niestety Steven ma 60 lat, ale za to poczucie humoru, energię i podejście do życia, którą zawstydziłby niejednego 30-latka.

      

      W Salento – małej miejscowości w regionie kawowym w której jesteśmy – nie ma specjalnie wiele do robienia. Jeden trekking i zwiedzanie farmy można „zaliczyć” w jeden dzień. A my siedzimy tu już trzeci i rozważamy, czy nie zostać czwarty. A wszystko to przez dwóch starszych panów :) Dwóch, bo tak jak ja znalazłam bratnią duszę w postaci Stevena, tak Wojtek spotkał Alfonso z Peru – maniaka gwiazd i oglądania ptaków. Więc każdy zauroczony „swoim” starszym panem nie za bardzo chce wyjeżdżać. I tak się bujamy w czwórkę od 2 dni po tej mieścinie. Jeśli zostaniemy tu kolejny dzień, to zrobię Stevenowi obiecane pierogi ruskie. Będzie to drugi w życiu facet, któremu zrobię pierogi. Za trzeciego, dla którego AŻ TAK się poświęcę – wyjdę za mąż! ;)))  Oferty prosimy kierować na adres…. oczekuję tylko niepoważnych propozycji. ;)

      

      Zbieram się od dłuższego czasu żeby napisać coś o ludziach, których jak na razie poznałam, bo to w podróżach jest jednak najciekawsze a jednocześnie najtrudniejsze do opisania co w kim mnie zafascynowało. A trafiło mi się jak na razie kilka wyjątkowych osób: na plaży w Tagandze dwóch nastoletnich żonglerów ogniem (najmądrzejsi 20-latkowie jakich spotkałam); w dżungli totalnie zakręcony Australijczyk Ben; w górach przyszły zdrowiciel Carlosa; w parku Tayrona człowiek-Spontan Ismaela,  no a w Salento moja bratnia dusza 60-letni aktor n-planowy Steven. I każdy, każdy powiedział coś takiego co otwiera w głowie kolejne drzwiczki, okienka i skrytki. I tylko cholera nie wiem jak to wszystko opisać. :((( 

       

      A! Właśnie odkryłam przypadkiem, że na YT udostępniono ponownie film "Dzień z życia" - film złożóny z filmików kręconych przez ludzi na całym świecie i opisujący dzień z życia Ziemian :) Pamiętam że kilka miesięcy zrobił na mnie spore wrażenie, więc jakby co to polecam.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      piątek, 25 listopada 2011 06:39