Ja tu sobie posiedzę spokojnie w chacie a oni niech myślą że z dżungli nadaję relację

Wpisy

  • środa, 29 lutego 2012
    • Typologia rozmówców

      Spotkania z wieloma ludźmi po drodze i prowadzone dyskusje skoniły mnie do wyselekcjonowania kilku typów rozmówców.

      

      Pijawki – to sympatyczni ale natrętni rozmówcy którzy chcą z Ciebie wyssać jak najwięcej informacji w jak najkrótszym czasie. Nie mam problemu z dzieleniem się swoją “wiedzą” podróżniczą, ale nie na zasadzie “100 pytań do” i “masz 30 sekund na każdą odpowiedź”, łącznie z  rysowaniem mapki dworzec-hostel i przypominaniem sobie ile płaciłam za kanapkę 3 miesiące temu w Cuenca w Ekwadorze.

       

      Winidziarze – prowadzą krótką, powierzchowną dyskusje jak te w windzie. Przeważnie zamykają się w pytaniach: “skąd jesteś? Ile czasu podróżujes? Gdzie byłaś? Gdzie jedziesz?”. W czasie rozmowy masz wrażenie, że nie interesuje ich żadna Twoja odpowiedź. Nuuuuuda.

      

      PięknemaszoczyKolekcjonerzy romansów, osoby które bardzo szybko przechodzą od “piękne masz oczy” do “czy masz może narzeczonego???” aż po “to mooooże ty i ja...”

      

      FejsZbukiKolekcjonerzy znajomych, osoby które szybko przechodzą od “cześć” do “dodaj mnie do znajomych na FB”. Widzisz ich czasami przez godzinę, często nie znasz ich imienia, ale za to przez najbliższe miesiące każde Twoje wejście na FB będzie powitane: “HOOOOLA!” i rozmową z człowiekiem którego kompletnie nie kojarzysz.

      

      Sowy nocni i wczesnoporanni rozmówcy. Spotkać ich można w holu hostelu, na imprezie, lub w łóżku nad/pod/obok Twojego. Potrafią nawijać godzinami (nocnymi) na miliony tematów. Zwykle posiadają wiedzę, lub ciekawe historie które sprawiają że nie chce ci się spać i nawijasz z nimi. W nocnych rozmowach Sów nie ma tabu, nie ma tematów wstydliwych. Wszystkie gadki dozwolone.

      

      Uduchowienizaskakują na dzień dobry nietypowymi pytaniami, stwierdzeniami typu: “Czy znalazłaś w swojej podróży szczęście?”, “czy droga którą wybrałaś jest na pewno tą właściwą?” [i nie chodiz o dojście do przystanku!]. Chętnie dzielą się z Tobą swoimi przepisani na życie szczęśliwe. Rozmowy są powolne, ciągną się jak krówka ciągutka, ale zwykle coś po nich w głowie zostaje.

      

      WycieczkowiczeTo ludzie z którymi wylądowałeś na kilkudniowej wspólnej wyprawie w dzicz. Często masz wrażenie, że gdybyście spotkali się w innych okolicznościach przyrody rozmowa nie wykroczyłaby poza tą którą prowadzą "Windziarz”, ale skoro już tu siedzimy na tej barce 3 dni, bez wifi, alkoholu, tv to sobie pogadamy. Trochę z przymusu, ale mimo to bywa ciekawie.

       

      Sąsiedzi Sąsiad z autobusu. Osoba, z którą spędzisz najbliższe kilka, kilkanaście godzin. To często jedne z ciekawszych i bardziej zaskakujących dyskusji jakie można prowadzić. Nigdy nie wiesz czy obok ciebie siądzie policjant z Quito, projektant produktów z Kalifornii, czy piękna chilijka szukająca szamana, który wyleczy ją z tajemniczej choroby. Ja opanowałam już do perfekcji umiejętność zwabiania na siedzenie obok osoby, którą uznałam na przystanku za interesującą, ale o tym później. Te spotkania dodają sensu setkom godzin jakie spędziłam w autobusach.

       

      ??? - Ostatni typ rozmówcy to typ dla którego nie mam nazwy. To osoby spotkane w różnych miejscach, sytuacjach, czasami rozmawiamy parę minut, czasami gadamy kilka godzni, ale zawsze w ich przypadku pozostaje takie wrażenie: "za mało! za mało!". Czujesz niedosyt, wiesz, że mógłbyś z tym kimś przegadać miesiące, że tyle jeszcze jest do wysłuchania, powiedzenia, pośmiania się, a tu niestety czas się rozjechać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      środa, 29 lutego 2012 22:59
    • Maraton górski

      W El Chalten lądujemy trochę z premedytacją, trochę z przypadku. Ja – bo chciałam tu wylądować i zobaczyć górę Fitz Roy lub Cerro Torres, a towarzyszący mi Niemiec i Austriak, bo zdecydowali się jechać dalej ze mną. Więc musieliu tu wylądować.

       

      3 w 1: z lewej Cerro Torre, na środku góruje Fitz Roy, a u podnóża miasteczko el CHalten

       

      

      

      W efekcie oglądamy obie góry, ale kosztem zdrowia moich kolanek, litrów potu i sporej zadyszki. Nigdy więcej w góry z Niemcami i Austriakami! Trudno powiedzieć, że łazimy po górach – my po nich przebiegliśmy. Pierwszego dnia „na rozgrzewkę” 20 kilometrów do Cerro Torres, drugiego 22 kilometry pod Fitz Roya. Próbując nadążyć za nimi dwoma czuję się jak maszynka trekingowa. Nie myślę o niczym, nie rozglądam się za często dookoła, nie rozmawiamy – pędzimy. Krok za krokiem, oczy tępo wlepione w podłoże, szybko, szybciej, coraz szybciej. Według planu: dojść, cyknąć fotę, zawrócić, wrócić.

      

      W biegu cyknęłam takie:

       

      Cerro Torre w pięnym mocnym sońcu, które miło grzało, ale psuło foty

       

      Fitz Roy z oddali

       

      Fizt Roy z bliska z boskim jeziorkiem (foto by Chriptopher czy jak też się pisze Krzychu po niemiecku):

       

       

      Bardzo przyjemne i kolorowe miasteczko El CHalten

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Maraton górski”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      środa, 29 lutego 2012 13:55
    • Wino, mięcho i ziew

      Wino, mięcho, i ziew, czyli 3 słowa o Mendozie, którą odwiedziłam 3 tygodnie temu, ale jakoś umknęło mi wspomnienie o niej. Do Mendozy pchnęła mnie miłość do wina i wołowiny. I oba te uczucia w jakimś tam stopniu zaspokoiłam, w jakimś rozbudziłam.

       

      WINO

      Mój plan na Mendozę był prosty: napić się wina, zjeść stek i spadać do Chile. Jak się na miejscu okazało – najsłuszniejszy z możliwych planów, bo sama Mendoza w żaden sposób nie powala. Powala natomiast na przykład wycieczka rowerowa po winiarniach. Wycieczka powala, bo łączy w sobie jazdę na rowerze i konsumpcję wina. A wyglądało to tak.

      

      W 6 osób pożyczamy rowery. Właściciel wypożyczalni wita każdego kubkiem czerwonego wina. Słońce grzeje jak szalone, ale w cieniu drzewka wychylamy powitalny trunek. Na odwagę przed wejściem na rower. Tak rozgrzani wskakujemy na rowery i dalej w drogę przejechać szalone kilka kilometrów. Po drodze słońce grzeje niemiłosiernie. Dojeżdżamy do pierwszej winiarni. Na powitanie malutki winny poczęstunek. I lekko rozochoceni zabieramy się za zwiedzanie winiarni. Zwiedzanie zakończone degustacją kilku gatunków win. Po degustacji leczutko niepewnym krokiem zmieszamy w stronę roferów, by później letko niepewnie pokierowacz się na nich do kolejnej winiarni gdzie rytuał winny się powtarza. Szoraz mniej pefniej dosziadamy rowerów i węszykiem, węszykiem zmierzamy do Muzeum Yyyp Fina, gdzie… zwiecanie końszymy sutą degusztaszją. Szpiewając profadzimy rofery do wypożyczalni, lub tesz one profadzą nas. Po pół godzinie bładzenia docieramy, by łaskawie przyjończ winny poczęstunek od właszciciela. Don Fillipe Kochany Don Felippppe sz którym to nie moszemy się poszegnacz tak się zaprzyjasznilismy Yyyp pakuje nasz do kolorofego weszołego autobuszu, kupuje bilety i żegna machającz. Obok niego stoi i macha wielka biała mysz…

       

      

      

      MIĘCHO czyli Nic kosztem steka*

      *Uwaga: to nie jest wpis dla wegetarian.

      

      Choćby się waliło paliło w UE, euro było po 6 zł, okradliby mnie ze wszystkiego i do gołego, to i tak stek z argentyńskiej wołowinki bym zjadła. Kasę na stek miałam odłożoną w tajemnym miejscu, w twardej walucie. Istniało też zabezpieczenie dodatkowe w postaci Przema K. któremu tak zależało na relacji z restauracji, że zobowiązał się mi na tego steka kasę podeśle w razie jakby co. Ale się obyło.

      

      Do tematu podeszłam dość praktycznie. Poprosiłam o polecenie mi restauracji które powalają smakiem nie cenami. Z listy wybrałam restaurację drogawą, ale bez przesady. Zamówiłam jeno stek bez żadnych dodatków raz z oszczędności, dwa żeby nic mi smaku nie zepsuło, trzy: uznałam że ćwierć kilo mięcha wystarczy żeby się najeść i sałatek już nie potrzebuję. Do tego poprosiłam o małą porcję wina Malbec – ponoć idealne do mięcha czerwonego. Uzbrojona w nóż, widelec i kubki smakowe ruszyłam odkrywać argentyńską kuchnię iii…

      I w końcu zrozumiałam co oznacza wyrażenie „rozpływa się w ustach”. Kawał smażonego na grillu mięsa, a jednak delikatny, mięciutki, aksamitny. Plus do tego czerwone winko – bosko. Tak mi posmakowało, że na drugi dzień kiedy to spotkałam chętnego na stek (i to Polaka! Pierwszego Polaka  d Kolumbii) poszłam znowu.

      Mój romans z wołowiną trwa nieprzerwanie od tego czasu. Szczególnie etap niemiecko-austriacki podróży obfitował w wołowinę, bo chłopacy byli wybitnie mięsożerni to raz, dwa dobrze gotowali, trzy jak się okazuje wołowina jest tu (nawet w Patagonii) relatywnie tania. Więc – porque no?!

      

      ZIEW

      Oprócz jedzenia steków, picia wina i poznawania sąsiadów z hostelu w Mendozie nie znalazłam nic ciekawego do robienia. Nuuuuda.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wino, mięcho i ziew”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      środa, 29 lutego 2012 13:24
  • sobota, 25 lutego 2012
    • Trochę większa kostka lodu

      Być w Patagonii i nie widzieć lodowca Perito Moreno to jak być w Transsibie i się nie napić. Czyli nie wiadomo po co pchałeś się tak daleko i co zamierzasz potem opowiadać znajomym. Więc mimo absurdalnych cen się na ten lodowiec pchnęliśmy. Ale tylko w wersji minimum: pojechać, zobaczyć, sfotografować z oddali, zmarznąć i zwijać się z powrotem. Można na lodowiec się wdrapać, ale za cenę za którą mogłabym sobie wyhodować swój własny lodowiec w ogródku rodziców. Więc się nie wdrapuję. Ani ja, ani bardziej dziani chwilowi towarzysze wyprawy.

      

      Lodowiec podziwiamy więc jak dziecko przyklejone do szyby wystawowej sklepiku z zabawkami. Czyli jesteśmy tuż tuż, niby na wyciągnięcie ręki, a jednak poza zasięgiem. 

      

      Lodowiec wzbudza we mnie dość dwojakie i skrajne odczucia. Stąd dwie relacje.

       

      Cudowne widoki

      Trzy godziny łazimy po platformach wokół lodowca oglądając sobie jego biało-błękitne kawały lodu. To mój pierwszy lodowiec w życiu więc jak dziecko jaram się każdym odcinkiem, nie mogę przestać robić zdjęć i co chwilę wydaje mi się że ten kawałek jest ładniejszy niż poprzedni. Chciałoby się wleźć na niego i połazić (lub raczej powspinać) w labiryncie lodowych wież, no ale niestety... oglądamy go tylko z daleka. Radzono nam żeby oglądać go po południu kiedy odpada więcej kawałów lodu - niestety nie załapujemy się na ani jeden "kawałek".

       

       

       

       

       

       

       

      

      Cudowny biznes

      Zastanawia mnie popularność Perito. Nie jestem specem od lodowców, ale jakoś w głębi duszy podejrzewam że o jego popularności decyduje położenie. Jest na tyle blisko miasteczka El Calafate, że można sobie pod niego podjechać (a nie iść 3 dni przez góry), ale na tyle daleko że trzeba podjechać (i srogo za to zapłacić). W związku z czym przez Calafate i lodowiec przewijają się setki tysięcy ludzi.

      

      Lodowiec podziwiamy więc w dzikim tłumie, hałasie, przepychając się do barierek. Wszystko jest tu ucywilizowane, oswojone, ułożone. Monstrualny lodowiec został  brutalnie oswojony przez władze parku. Otaczają go solidne, schludne platformy z których można go bezpiecznie obejrzeć, nie pospacerujesz po otaczającym go pięknym lesie, bo i on został oplatformowany. Chyba za łatwo i za drogo się do niego dostać, żeby naprawdę cieszył i powalał. Brakuje mi chociaż tych kilku godzin przedzierania się przez dzicz żeby  potem w nagrodę napawać się jego pięknem. Czuję się trochę jak w Zoo. Jakbym oglądała jednorożca w klatce. Piękny ten jednorożec, ale jednak w klatce. :( 

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Trochę większa kostka lodu”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      sobota, 25 lutego 2012 13:33
  • niedziela, 19 lutego 2012
    • United Nations - Operacja "Góry"

      Pierwszy raz wybrałam się samotnie w góry. Gdyby to jednak były dziksze góry, z mniejszą ilością ludzi na szlakach pewnie nie zdecydowałabym się. Ale że park Torres del Paine w Chile odwiedzają setki tysięcy osób każdego roku, to uznałam, że kogoś tam w hostelu, autobusie, albo na szlaku na pewno zahaczę i będzie OK.

      

      Optymizm został nagrodzony i to z nawiązką. Było bardziej niż OK. Nie dość że poznałam genialną ekipę (4 osoby, z 4 krajów, wszyscy samotnie podróżujący, łączący siły na czas trekkingu), widoki były bajeczne, to jeszcze słynna kapryśna patagońska pogoda (zmienia się w oka mgnieniu zwykle na gorsze) okazała się bardzo nam sprzyjać: nie wiało specjalnie, nie śnieżyło i nie padało za bardzo.

       

      Pierwszy rzut oka na odległe Torres del Paine. Pogoda w okolicach wież nie wróży nic dobrego, więc szłam szybko żeby przed deszczem rozłożyć namiot i szybko się w nim schować.

       

       

      Ledwo doszłam do obozu, ustawiłam namiot i miałam się wczołgać do środka a tuuu… chmury przeszły i można było podejść pod Torres i wylegiwać się w słońcu i wietrze. Siedziałam tu ze dwie godziny gapiąc się na skały i w międzyczasie  poznałam przyszłych współtowarzyszy trekkingu: Holenderkę, Niemca, Austriaka i Izraelczyka. Takie trekkingowe siły "United Nations".

       

       

      

      

      W nocy w namiocie było tak zimno, że bez problemu obudziłam się o 5.00 i poczłapałam pod wieże obejrzeć wschód słońca. Początkowo widok lekko rozczarowywał, ale gdy już już zbierałam się do zejścia – zaczął się prawdziwy spektakl.

       

      

       

       

       

      Drugi dzień był morderczy. Z oszczędności postanowiliśmy przejść kaaaaaawaaaał trasy żeby dotrzeć do kolejnego darmowego pola, a ominąć te płatne. 11 godzinna gonitwa wykończyła wszystkich. Mnie najbardziej, bo nie dość że jako jedyna miałam za sobą jeszcze poranną 2-godzinną przebieżkę pod Wieże i z powrotem, to na dodatek wysiadły mi oba kolanka. Jak widać na focie nawet Niemiec i Austriak, którzy przecież trekking mają we krwi, wykazywali pewne objawy zmęczenia.

       

       

      

      Trzeci dzień to chilloucik na lekko w Valle de Francesa.

       

       

       

      Czwartego dnia mieliśmy zrobić szybki wypad w celu obejrzenia lodowca Grey. Pech chciał, że po drodze mijaliśmy jedyne miejsce z któtego można wrócić do cywilizacji. Widząc zbliżający się katamaran, który mógł nas do tej cywilizacji zabrać uaktywniły się wewnętrzne lenie. Nagle nie tylko mnie bolały kolana, plecaki były cięższe niż wczoraj, palącym skończyły się papierosy, mi jedzenie, lodowiec został porównany do większej kostki lodu w drinku, a skoro o drinkach mowa to idąc na lodowiec nie zdążylibyśmy na steka i piwo wieczorem… Im bliżej był katamaran, tym więcej przeciwności narastało. I tak od problemu do problemu w końcu padło sakramentalne: „fuck the Glacier, let’s go for beer” („pieprzyć lodowiec, idziemy na piwo”).

      

      No i jak powiedzieli tak zrobili. „Dzięki” czemu nie widzieliśmy tego:

       

      źródło ostatniej fotki: www

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „United Nations - Operacja "Góry"”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 lutego 2012 00:53