Ja tu sobie posiedzę spokojnie w chacie a oni niech myślą że z dżungli nadaję relację

Wpisy

  • poniedziałek, 30 stycznia 2012
    • List do Sz. Mieszkańców

      Drogi Mieszkańcu Miasteczka Turystycznego

      

      Piszę do Ciebie, bo mam wielką prośbę w imieniu swoim i turystów z całego świata. Wyluzuj. Uśmiechnij się. Polub nas, turystów, choć troszkę.

      

      Wiem, że to irytujące że każdego dnia do Twojej miejscowości przyjeżdżają setki turystów. Włóczą się potem tacy godzinami po tych kilku uliczkach, fotografują każdą dziurę w ścianie, wszystkiego chcą dotknąć, obejrzeć, zapytać o cenę. Kupują co popadnie, wydają kasę na sprzedawane przez Was badziewia… przepraszam dzieła sztuki lokalnej Made in China. A potem zasiadają w restauracjach i spożywają kiepskiej jakości potrawy za cenę wypasionego obiadu w Polsce. I jeszcze marudzą. I jeszcze się targują, bo im się cena wydaje za wysoka. Bo niby sos carbonara nie jest z pomidorów. Jakie to musi być denerwujące, że oni tu są, w tym Twoim miasteczku, którego jedyną zaletą jest to, że leży u podnóża Machu Picchu lub na skraju Salar de Uyuni. Są tu z tą swoją irytującą chęcią przespania się gdzieś, umycia, zjedzenia czegoś, kupienia pamiątki, czy skorzystania z Internetu. Z tą swoją turystyczną kasą, z której żyje potem całe miasteczko. A FUUU!

      

      Drogi mieszkańcu miasteczka turystycznego. Strasznie Ci współczuję, że to cholerne Machu Picchu czy Salar de Uyuni musiało się usadowić niemalże na Twoim podwórku. I strasznie mi przykro, że musiałam odwiedzić Twoje miasteczko. Naprawdę starałeś się bardzo, aby było mi przykro. Wiedz, że gdybym mogła ominąć Twoje miasteczko, Twój sklep, Twój hostel, czy Twoją restaurację, to bym to z chęcią zrobiła.

      

      Na zakończenie i na pocieszenie dodam tylko, że już tu nigdy nie wrócę. Obiecuję. Tak bardzo starałeś się żebym już nie chciała wrócić. Udało się.

      

                  Gratuluję i pozdrawiam

                  Irytująca turystka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „List do Sz. Mieszkańców”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 stycznia 2012 22:37
    • 10:0 dla Panchamamy

      Panchamama – Matka Ziemia – powaliła nas na dzień dobry widokiem Salar de Uyuni. Kiedy po kilku godzinach wciąż oszołomieni próbowaliśmy się otrząsnąć z wrażenia, Panchamama zaatakowała ponownie.

       

      Najpierw rzuciła nas na skały – Valle de la Roca (Dolina Kamieni, Kamienna Dolina), gdzie każdy wspinacz dostaje kociokwiku, bo nie wie na co najpierw wleźć, tyle skał dookoła. I kilka formacji o ciekawych kształtach.

       

      Kamienna twarz:

       

      

       

      Grzybek:

       

      Kamienne drzewo (Arbol de piedra)

       

       

      Na osłabionych pięknymi widokami czekała kolejna niespodzianka –
      zmasowany atak flamingów.  Pstrykanie fotek prawie nas wykończyło.

      Poniżej: Flamingo chileno lub flamingo andino i flaminga polaca

      

      

       

       

      

       

       

      Potem Panchamama zaatakowała z grubej rury – widokami, które po prostu powalały. 

       

       

      

       

       

       

      Aż usiadłam z wrażenia (i próbowałam dorobić graniem przed Argentyną), ale wszyscy wiemy ja+muzyka...)

       

       

      Końcowym zagraniem Panchamamy były Gejzery.

       

      

       

      I gotujące się błotko.

       

      

      

      Jakbyśmy wylądowali na innej planecie

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „10:0 dla Panchamamy”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 stycznia 2012 22:27
  • niedziela, 29 stycznia 2012
    • Cuda, cuda oglądamy - Salar de Uyuni

       

      - Mamy genialną pogodę, super ekipę i najlepszego przewodnika! – tak podsumował pierwszy dzień wycieczki na Salar de Uyuni Sam z Francji. I to oddaje w 100% klimat. Dodać do tego samą Salar – najpiękniejsze miejsce jakie w życiu widziałam, plus 2 kolejne dni pełne niesamowitych widoków i wychodzi na to, że właśnie spędziłam najlepsze dni tego wyjazdu.

      

      Dobra i tu kończy się gadanie i zaczyna oglądanie. Bo szkoda słów, tak ładnie było.

      

      

       

      Salar w wersji suchej:

       

       

      Tym razem pora deszczowa okazała się być sprzymierzeńcem. Nie dość że zobaczyłam to cudo – pustynię solną – to jeszcze w promocji dostałam tzw. „efekt lustra” – niebo, chmury i my odbijający się w wodzie pokrywającej pustynię. Tu już widać "efekt lustra"

       

       

      "heaven, I'm in heaven", czyli'jestem w niebie"

       

       

      Wszyscy robili sobie to słynne skoczne zdjęcie to i ja poszłam za tłumem. A co!

       

      

       

      "Zjadając Melinę", czyli średnio udana zabawa z perspektywą.

       

      Kopczyki zebranej soli

       

       

      I Solny Hotel. W zasadzie już nie hotel, a muzeum.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Cuda, cuda oglądamy - Salar de Uyuni”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 stycznia 2012 23:06
    • Czego pragną Boliwijczycy?

      Nie sądziłam, że się tego dowiem, bo nie udało mi się z nikim z Boliwii nawiązać konwersacji wykraczającej poza “ile to kosztuje?... Poproszę dwa.” Aż tu nagle: wychodzę z hostelu i trafiam na Święto Obfitości – Alasitas - obchodzone w La Paz w Boliwii 24 stycznia. Tego dnia kupujemy (lub robimy) amulety – miniatury rzeczy, o których marzymy, które zdobyć w nadchodzącym roku. Następnie idziemy je poświęcić do kościoła, lub do szamana. Kiedyś święto miało na celu zapewnienie sobie dobrych plonów. Dziś możemy zapewniać sobie wszystko: od miłości przez kasę aż po dyplom ukończenia uniwersytetu.

       

      Z uporem maniaka szperałam w poszukiwaniu miniatury "raty kredytu mieszkaniowego w euro w Deutsche Banku”, ale nie znalazłam. Więc skusiłam się na koguta. A kogut to.... kogut to miłość.

       

      Mój kogut jest mały, czarny i lekko potłuczony przez życie. Został okadzony kadzidełkiem przez szamana i obsypany płatkami kwiatów. No zobaczymy, co potrafią zdziałać boliwijscy szamani.:)))

       

      A oto i on:

      

      

       

      Obserwacja stoisk z miniaturkami pozwala odpowiedzieć na pytanie “Czego pragną Boliwijczycy?”. Bo na stoiskach dominują pieniądze: boliwiano, usd, euro. Żaby – również zwiastun fortuny. Domy i auta. Przy jednym straganie kiedy sprzedawca tłumaczył mi co oznacza która miniaturka i wszystkie kręciły się wokół kasy nie wytrzymałam i spytałam: “A miłość? Zdrowie? Szczęście?”. Popatrzył chwilę zaskoczony, potem na amulety, pokręcił głową i wskazał sąsiedni kramik: "miłość to tam. kogut.". Więc poszłam i nabyłam drogą kupna.

       

      Były i większe i dumniesze i droższe koguty niż mój, ale ja wzięłam małego czarnego. Primo bo lubię brunetów, więc kogut musiał być czorny, drugie primo ;) bo był najtańszy, a wiadomo, że za miłość się nie płaci. :)

       

       

      A oto i szaman okadzający amulety. Zdjęcie robione z biodra, dlatego nie widać amuletów :)

       

       

      Miniaturki pieniędzy, banknotów. Plus żaba potwór – synonim fortuny.

      

       

       

       

      Domy. Były też mieszkania, ale w wersji papierowej - szkicowanych planów (rzutów)

       

      

       

       

      Nie matura lecz miniatura zrobi z ciebie profesura ;) Okej nie najlepszy rym, ale śmieszne było to, że można kupić dyplom konkretnego Uniwerku i kierunku. Widać marzenia trzeba dokładnie sprecyzować, żeby potem nie było reklamacji.

       

      

      

      Poza tym w wersji mini dostępne były tego dnia paszporty, karty płatnicze, dzieci, małżeństwo, auto, jedzenie, gazety... wszystko.

       

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czego pragną Boliwijczycy?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 stycznia 2012 21:45
    • Zimna ta Boliwia

      I nie tylko o temperaturę chodzi, choć ta szczerze rozbraja. Żałuję, że nie mam kasy i miejsca w plecaku na ten sweter z alpaki, który podobno grzeje niemiłosiernie. Ale zimno Boliwii to przede wszystkim zimni ludzie. Trochę rozpieściła mnie Kolumbia i Peru, gdzie spotkałam tylu przypadkowych niesamowicie przyjaznych ludzi, każde pytanie spotykało się z uśmiechem i  serio nie raz nie dwa ktoś Cię po prostu miło zagadał na ulicy.

      

      W Boliwii odbijam się ciągle od ściany. Tutaj nie każde pytanie o drogę czy pomoc spotyka się z odpowiedzią. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że ktoś mnie ignoruje, albo każe pytać „policia turistica”. W sklepach wielka obraza, że pytam o cenę kilku produktów. W kafejce internetowej dostaję opierdol za to że chcę użyć pendrive’a a przecież w regulaminie jest, że nie wolno. Za chwilę kolejny turysta zbiera cięgi za stwierdzenie że Internet jest wolny. Targowanie się? Często nie ma mowy. Nie podoba ci się, za drogo, to nie bierz – usłyszałam kilka razy. Szczęka mi opadła

       

      Ktoś może powie, że to dobrze, że się nie mizdrzą do turystów, że to taka duma Boliwijczyków, zdystansowany charakter Indian. Może. Nie wiem. Wiem jednak że „dzięki” takiemu charakterowi narodowemu jakoś ta Boliwia mnie nie urzekła*

       

      *nie dotyczy widoczków

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kaha_m
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 stycznia 2012 20:03